Nie jesteś dziś w Tatrach, a ściślej, w Zakopanem? Nie płacz. Nie wszystko tutaj jest takie bajkowe jakby się wydawało trzy dni przed Sylwestrem. Co roku to samo. Właśnie powróciłam z zakupów, mam jednak wrażenie, że byłam na wojnie i cudem udało mi się przeżyć. Pare lat wstecz postanowiliśmy z mężem uciec na chwile spod tych Tatr i od turystów do raju. Tym rajem na ziemi miała być Kreta a kreteńczycy naszymi najlepszymi przyjaciółmi.
Tym razem to ja byłam naiwna czytając z głęboką wiarą i entuzjazmem prospekty, które ptrafią zrobić bajkę nawet z krajobrazu księżycowego. Kreta kolebką kultury minojskiej…na pewno przed wybuchem wulkanu jakaś kultura tam była, bo ta która jest teraz przypomina raczej naszą z Podhala, czyli jej brak . Zwłaszcza jeśli chodzi o relacje turysta – miejscowy, miejscowy – turysta. Mentalność wyspiarza i górala niewiele się różni. Historia Krety głosi, że okupanci i zaborcy, którzy próbowali zasiać na wyspie swoją czyli obcą dla wyspy kulturę – przegrali. Twardo się obronili, niczym nasi zakopiańscy gazdowie przed Austriakami, którzy chcieli nam tu poprzerabiać mózgi. Muzykowanie – też podobne. Nasi ucinają turystom smyczkami ni do rytmu ni do taktu wyjąc przy tym niemiłosiernie po „żołądkówce”, Kreteńczycy też rzępolom bez ładu i składu na tych swoich lirach ( wygięte skrzypce, wydają pod palcami grającego dźwięki przypominające łkanie i jęczenie. Do tego dochodzą ośmiostrunowe bouzouki i flet. ) Tradycyjnie powinien przy muzykowaniu być jeszcze śpiew ( jak u górali zakopiańskich ) ale teraz jest rakija, ulubiony trunek, który zastępuje z powodzeniem śpiew. Czasami soliści wychylą się z jakimś śpiewem dla turysty spragnionego wrażeń, lecz tańcząc przy tym na stole w pobliskiej tawernie i tłukąc talerze garściami. Śpiew jest dość niezwykły, bo raz przypomina wojenne okrzyki, a raz subtelne zawodzenie. ( Mamy tu akcenty arabskie, afrykańskie i, rzecz jasna, greckie. Nomen omen – akcenty afrykańskie to i u nas w Tatrach spotkasz. )
Ale co z przyjacielskimi relacjami wobec bezbronnego turysty? Swego czasu przebraliśmy się z mężem za turystów i pojechali wozem konnym razem z innymi zwiedzającymi do Morskiego Oka. Chcieliśmy zobaczyć jaką my miejscowi wyrabiamy sobie markę wobec przyjezdnych. No tośmy się dowiedzieli, kiedy razem z innymi podróżującymi zostaliśmy pod koniec wycieczki nazwani przez tubylców – cytuje: ” baranami” – koniec cytatu. Wróćmy na wyspy. Koleżanka z naszej grupy zapragneła pojechać do celu atrakcji turystycznej osiołkiem. Za długo szukała drobnych dla przewoźnika, bo przewoźnik pchnął biedaczkę, by zrobić miejsce szybciej szukającym w portfelu. Dobrze, że staliśmy tuż za, bo podtrzymaliśmy poszkodowaną w mgnieniu oka.
Zakupy w raju. Pragneliśmy coś minojskiego, tkanego po kreteńsku lub sprzed wybuchu wulkanu, a tu głównie – made in Korea, względnie made in Tajland. No cóż na naszych Krupówkach też wiele się nie kupi bez „made in cośtam”. Podsumowując. Wolę już swój raj niż obcy – w myśl powiedzenia: lepszy swój wróg. A tak wogóle…za oknem zrobiło się naprawdę bajkowo z tym „puszyściutkim” śniegiem. Przyjedź, po co błąkać się po zagranicznych kątach?