Zaczne może od akcji gaśniczej mojego domu w Tatrach. Dziadek próbował wiadrem a potrzebna była cała jednostka straży pożarnej. Tak, czy owak chałpa nieźle dymiła. Mama wyniosła z domu tylko najlepsze futra a goście zamiast kosztownosci, rzeczy do prania. Niebezpieczeństwo zażegnano ale śmierdziało dymem jeszcze długo, długo. Tak więc nieco rozumię Australijczyków.
Ponoć w pożarach w południowo – wschodniej Australii zgineło ponad 180 osób, około 1800 budynków mieszkalnych przestało istnieć. Silny wiatr i wysoka temperatura to jak przysłowiowa woda na młyn. Płomienie pochłoneły i zniszczyły ponad 365 tysięcy hektarów. Temperatura na tym obszarze dochodziła do 46 stopni Celiusza. Ocenia sie, że to największe pożary od 1983 roku, kiedy to zgineło 75 osób a 2500 domów zostało zniszczonych przez ogień. Jak na ironie w północno – wschodniej Australii lało w tym czasie jak z cebra.
Co to ma wspólnego z Tatrami a tym bardziej z akcją gaśniczą? Otóż ma. Przenieśmy się w czasie i przestrzeni, do gorącego lata w 1928 roku. Turyści jak to turyści, rozpalili sobie ognisko i poszli po imprezie dalej nie bacząc na to czy po sobie posprzątali należycie. Niedogaszony ogień był prawdopodobnie przyczyną pożaru na wysokości 1500 mnpm. Cztery hektary roślinności szło sobie z dymem. Ogień zauważono 27 lipca przez grupe rozgarniętych górali i – jak się wydawalo – ugaszono zagrożenie. Dzień później sytuacja wyglądała całkiem nieźle. Niestety, było niemiłosiernie sucho, rwał silny wiatr, 50 hektarow buchneło płomieniami na nowo, było bardzo groźnie. Płoneła kosodrzewina, okazałe limby, świerki i inna roślinność. 30 lipca spadł deszcz ale nic to nie dało. Położony niżej zwarty las był w poważnym niebezpieczeństwie, wiatr tylko czekał żeby przenieśc ogien. Do akcji zmobilizowano nadleśnictwo, górali z Szaflar, górali z Białego Dunajca, 33 saperów z Krakowa. Narzedzia przysłała Gmina Zakopane, jedzenie – Zarząd Uzdrowiska Zakopanego, tak więc można było przystąpić do akcji. Wszystko szło dobrze, ale co zrobić z 30 tlącymi się ogniskami, do których był zero dostępu, nawet dla Jamesa Bonda. Nasze górskie chłopaki na wszystko znajdą sposób. Wypożyczyli puste flaszki ze schroniska i z resteuracji, saperzy przywiązali sobie po 4 na szyje i ruszyli do roboty. W miejscach gdzie na linie nawet dstąpić nie było można, rzucali z góry flaszki z wodą, te rozbijając się gasily ogień. 2 sierpnia ugaszono ostatecznie płomienie. ( O wszystkim można poczytać w archiwalnym kwartalniku „Tatry”, ukłony dla Adama Liberaka. ) W zeszłym roku obchodzono w Tatrach 80 rocznice pożaru.
Szkoda, że mój dziadek, który w Tatrach dom wybudował nie wiedział o butelkowym sposobie gaszenia pożarów. Zamiast stać w oknie w środku płomieni wyżej opisanego pożaru mojego domu, i krzyczeć chop, chop pomocy – mógłby poprostu rzucać w plomienie butelkami z wodą. W naszych kochanych Tatrach Polskich wybuchały po owym feralnym roku jeszcze nie jedne pożary, ale nie było już tak brawurowej akcji gasniczej, jak ta z saperami i butelkami. Przyjedź, rozkoszuj sie górską kosodrzewiną i… gaś za sobą ogniska!