Zacznijmy od indonezyjskiej wyspy Sumbawa. Piękna i niestety cała niedługo będzie dziurawa. Lasów deszczowych nie uświadczysz wnet, za to półtorakilometrowej szerokości kopalnie miedzi i złota – owszem. Za 20 lat zasoby i tak się wyczerpią. Wogóle przeraża fakt, iż najbogatsze złoża świata są na wyczerpaniu, a nowych odkrywa się niewiele. Kiedyś, kiedyś w Tatrach ( XVIII wiek ) równie gorąco zachorowano na punkcie złota i w związku z powyższym powstała kopalnia złota pod Krywaniem.
Kopalnia nosiła szumną nazwę: ” Koło szczęścia”. Chociaż “kołem toczy się fortuna” gra nie była warta świeczki. Kopalnia nie była dochodowa, zresztą jak większość kopalń w Tatrach, bowiem, owszem Tatry posiadają najróżniejsze złoża, lecz w bardzo ograniczonych ilościach. Ówcześnie jednak, niepowodzenia w tej materii przypisywano brakowi szczęścia nie zaś z uwagi na powyższy fakt. Ucierpiała oczywiście przyroda. W Tatrach lasów deszczowych nie ma, lecz są inne, równie cenne. Przy przedsięwzięciach typu – huty , kopalnie dochodzi do wylesiania, eksploatacji drzew na zastraszającą skale, nawet w XVIII wieku. Wszystko zaczeło się od bzdurnych legend o rzekomych, nieprzebranych skarbach ukrytych pod Tatrami. Z dziada, pradziada przekazywano sobie mapy, plany, instrukcje jak owe znaleźć i żyć długo i szczęśliwie. Co tu gadać – mój rodzony dziadek także całe życie szukał złota… bez skutecznie. Żyje z emerytury. Pierwsza kopalnia w Tatrach ponoć powstała w 1417 roku. Następne posypały się jak grzyby po deszczu, najczęściej w rejonie Doliny Kościeliskiej i Chochołowskiej. Szukano nie tylko złota. Miedź również była w łasce u poszukiwaczy szczęścia. Jest w Tatrach szczyt niedostępny dla zwykłego szaraka – Miedziane. Nie miedziany, lecz Miedziane. Tam też próbowano zbić fortune… Bezskutecznie. Szczyt to ponaddwutysięcznik, zbudowany z granitów, ale napewno nie z miedzi.
Wróćmy jednak jeszcze na chwile do Indonezji. W pewnej prowincji pszymusowo wysiedlono drobnych górników i spalono ich wioski, żeby zrobić miejsce dla wydobycia na wielką skale. Aż włos się jeży na myśl o tym, że podobny przypadek mógłby się zdarzyć u nas na Podhalu i to nie koniecznie w 18 wieku! Jak donosi National Geographic Polska – ” śmiertelnym zagrożeniem dla zdrowia drobnych górników jest też rtęć, której większość z nich używa do oddzielania złota od skały. UNIDO szacuje, że trzecia część rtęci uwalnianej przez człowieka do środowiska jest produktem “rzemieślniczym” pozyskiwania złota. Po odparowaniu rtęciowej otoczki gram złota przyniesie indonezyjskiemu górnikowi 25 dolarów, a jednocześnie z pewnością zwiekszy ryzyko utrary zdrowia”. Podczas owego procesu miliony górników wdycha toksyczne opary. Odpady z rtęcią w stanie ciekłym przenikają do osadów rzecznych oraz roślinności, zatruwając kolejne ogniwa łańcuchów pokarmowych. Na wspomnianej wyżej wyspie Sumbawa nie da się już odtworzyć dziewiczego lasu deszczowego, który zdewastowano przez kopanie kolejnych ” dziur”. Niestety, wszystko wskazuje na to, że będą karczowane następne hektary puszczy. Ceną będzie kolejny wymarły gatunek – tym razem: Kakadu żółtolica.
Złoto jednak, nigdy się nie podda. Będzie zdobywć kolejnych fanatyków. Miłość doń to niekończąca się historia. Ponoć niektórzy z poszukiwaczy tego kruszcu onegdaj w Tatrach zostali w końcu geologami. Znali już tak profesjonalnie budowe gleby, minerały w niej zawarte, budowe skał, iż porzucili myśl o skarbach, a zaczeli się na poważnie kształcić. To chyba jedyny optymistyczny akcent w całej tej historii. Miejmy nadzieje, że “złote” lata do Tatr nie powrócą… Osobiście nie lubie złotego koloru.