Kenar, „szkoła Kenara” a twarda rzeczywistoś

Postanowiłeś pójść do „Plastusia” w Zakopanem, albo posłać tam swoje dziecko? Nie czytaj tego. Pozostań w błogim przekonaniu, że to czego naczytałeś się w prospektach o Zespole Szkół Plastycznych im. A. Kenara w Zakopcu to święta  prawda. A czego można się naczytać w prospektach?

Najlepsza szkoła tego typu w okolicy, wychowała wielu znanych i ambitnych artystów, patron i jednoczesnie dyrektor tej placówki w czasie swojej kadencji dokonał glębokiej  reformy w dziedzinie oświaty, mowa o Kenarze, rzecz jasna, uczynił liceum prawdziwym środkiem kultury w Zakopanem.”Szkoła Kenara” łączy szacunek dla tradycji ludowej ze swobodą twórczą oraz dogłębną znajomością warsztatu. Tyle reklama, teraz rzeczywistość, raczej twarda. Wiem, bo uczęszczałam do owej prestiżowej „szkoły Kenara”. Najpierw wywnętrze się z jakiego powodu jestem bardzo szczęśliwa! Kenar nie dożył obecnej chwili i nie czytywał wylukrowanych prospektów. Sam patron szkoły był spoko. Zapewne nie przyszedłby  po kieliszku prowadzić zajęcia lekcyjne, typu „wiadomości o sztuce” –  co za mojej kadencji, niestety, zdarzało się  niekórym „profesorom”. Tak zwane meblarstwo artystyczne ( jeden z ówczesnych działów „Plastusia” ) było mało artystyczne, kształtowano nas raczej na pospolitych cieśli i chałturników. Podobny los dzielili szumnie określani „lutnicy”. Zamiast precyzyjnie wykonanej lutni, mój kolega, nomen omen z „Warsiawy”, stworzył dzieło życia: gitarę elektroniczną. Swoją drogą i tak był dzielny chłopaczyna zważywszy na fakt, że ich „profesor” też  przychdził  gęsto często nieźle wstawiony. Ach, hala maszyn. Za moich czasów miałeś dwa wyjścia jak wchodziłeś na hale maszyn – albo wrócisz cały albo bez kończyn. Pragnę dodać, że same maszyny były archiwalnych marek. Oczywiście były to wyśmienite marki maszyn stolarskich, lecz sto lat do tyłu. Miałeś jeszcze jedną opcje, jeśli chodzi o wejście na ową osławioną hale: nie wyjść z niej nigdy. Myślę, że dzisiejszy zakopiański „plastuś” nadal namiętnie zwany „szkołą Kenara” nie wiele ma już wspólnego z samym Kenarem. Kiedy mnie przyszło uczęszczać do owej placówki szkołę z Kenarem łączył zaledwie portret, sama zaś szkoła powinna była powrócić do nazwy: Państwowa Szkoła Przemysłu Drzewnego. „Rzeźbiarze” też cięko przędli –  tak artystycznie, jak i duchowo. Bo i kto ich miał wspierać, duch „kenarowski” zamierał stopniowo i powoli. Za jego czasów, choć może zabrzmi to trochę patetycznie, w szkole panowała rodzinna atmosfera wzajemnego zaufania i wsparcia. Uczniowie nie byli kreowani na przyszłych Kenarów, ale na samych siebie. Uczyli się od Kenara kochać ludzi, życie, siebie nawzajem. Uczyli się obserwować przyrodę i czerpać z niej inspiracje twórcze. Nabierali odpowiedniego dystansu do siebie, swoich słabości i niedociągnięć, ale także do swoich uzdolnień i posiadanego w mniejszym lub większym stopniu talentu.  Uczeń Kenara wiedział, że świat nie kręci się wokół niego, ale bez niego byłby uboższy. Oto wypowiedż jednego z uczniów:” W jego obecności czuliśmy się wszyscy szoczęśliwi i w pełni sił do pracy twórczej. Było nam z nim dobrze i bezpiecznie”. Kenar uparcie dążył do dobra i szczerości w życiu, my dążyliśmy uparcie do zaliczenia roku i zrobienia dobrego wrażenia. Brakowało nam motywacji i autorytetów. Autorytetów z krwi i kości.  Za to nie brakowało chodzących beztalenci, leni, krakusów i warszawiaków, którzy musieli się pochwalić snobom z rodzinnego miasta, że są absolwentami „Kenara”.

Podobny temat ... No related posts