Nie przepadam za sztucznymi parkami, tym bardziej wodnymi. Zapragnełam jednak zrobić kuzynce przyjemność i wybrać się z nią, gdy mnie wreszcie odwiedzi w tym, moim Zakopanem, do Parku Wodnego przy ulicy Jagielońskiej.
Kiedy wyłoniłyśmy się z basenu geotrmalnego, znajdującego się na tarasie, na zewnątrz hali basenowej ( 28,5 stopni C ), z rozmazanym „majkapem,” naszym oczm ukazał się w pierwszym planie urzekający widok: niestety nie Giewont, często zresztą za chmurami, lecz komenda policji Zakopiańskiej. Myślę, że policjantom robi się cieplej na duszy, gdy pomyślą, że tak niedaleko, jest tak dużo pięknych, roznegliżowanych kobitek. Zostawmy, jednak panów policjantów. Kuzynka zapragneła ujrzeć: Dziką Rzekę. Nie mówię, rzecz jasna,o „Dzikiej Rzece” z Meryl Streep, lecz o atrakcji wodnej Parku Wodnego w Zakopanem przy ulicy Jagielońskiej. Nurt sztucznej, dzikiej rzeki przypomina naturalny nurt górskiego potoku, woda płynie sobie w krętym korycie o powierzchni 139,8m – tyle donosi prospekt. Ja zaś donosze, że to guzik prawda. Górski potok, to ja mam za domem. To jest dopiero dzika rzeka. Jak pare dni poleje, to jest tak dzika, że spania w nocy niema. Potok znosi głazy wielkości mojego fotela prosto z gór. Kiedy wali głazami o brzegi koryta, to mieszkający nad ową dziką rzeczką, mają efekty specjalne za darmo…. Ogólnie w parku było „spoko”. Kuzynce się podobało, mimo tego, że do wyjścia musiała nas poprowadzić sprzątaczka, bo my, choć miastowe, nie mogłyśmy się z niczym w tym gmachu połapać – żeby pojąć jak odliczyć czas, który nam pozostał do wyjścia, musiałyśmy bacznie obserwować bardziej ucywilizowanych, jak obsługują się przeznaczonym do tego celu urządzeniem. Dodam jeszcze do tych moich refleksji odnośnie przeżyć z Parku wodnego, że kiedy nie jest tak pochmurno, dojrzeć można nie tylko ten nieszczęsny Giewont ( w drugim planie ) ale i całe pasmo Tatr Zachodnich. Z drugiej zaś, strony roztacza się widok na Gubałówke i jej otoczenie.